Plastynaci

Premiera - Supraśl, 20.09 2009

Obsada

Inscenizacja i reżyseria : Rafał Gąsowski
Muzyka: Piotr Nazaruk

Występują:
Mamma Met: Katarzyna Siergiej
Profesor Emet: Rafał Gąsowski
Plastynaci: Ewa Gajewska-Jasińska, Paulina Karczewska, Dariusz Matys, Karol Smaczny, Dariusz Zakrzewski

Multimedia: Agnieszka Waszczeniuk, Paweł Brajczewski, Mateusz Kasprzak

Reżyserem a zarazem autorem scenariusza "Plastynatów" jest Rafał Gąsowski – aktor, a od dwóch lat również reżyser teatru Wierszalin.

Tytuł spektaklu pochodzi od "plastynacji",  to znaczy metody preparacji zwłok opatentowanej przez niemieckiego anatoma Gunthera von Hagensa.

Hagens mumifikuje ludzkie zwłoki tworząc z nich obiekty z pogranicza nauki i sztuki i pokazuje je na objazdowych wystawach. Profesor Emet, bohater wierszalińskiego spektaklu, też zajmuje się preperacjami ciał, poszukując przy tej okazji odpowiedzi na pytanie o sedno człowieczeństwa w swoistym mauzoleum ludzkości.

Warsztaty Teatru Wierszalin

P W Ś C P S N
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30

Zarezerwuj bilet on-line - kliknij

bialystokonline.pl (MAG)
Droga do człowieka ostatecznego

"Kogo szukasz?" - pyta profesora Emeta grupa Plastynatów. Najnowszy spektakl Teatru Wierszalin jest wędrówką na granicy życia i śmierci przez historię ludzkiej cywilizacji; poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie o człowieka. Kiedy się kończy? Gdzie jest jego prawdziwa natura?

Ciało to tylko ciało?

Mięso, flaki, 30 członków przewodzących dusze. Czy martwe ciało to jeszcze człowiek? Gdzie jest ukryta istota ludzkości? Między żebrami, czy w krwiobiegu, a może w wątrobie?

Inspiracją przedstawienia jest historia niemieckiego anatoma Gunthera von Hagensa, który opatentował metodę preparacji zwłok tzw. plastynację. Ten skomplikowany proces polega na usunięciu z ludzkiego ciała wody oraz tłuszczów, a także nasyceniu odpowiednimi polimerami, przeciwdziałając rozkładowi, nadając niegdyś żywemu organizmowi, wybrany kształt. Stworzone modele są dziełami ze świata nauki i sztuki. Pokazywane również współcześnie, chociażby wystawa "Bodies" w Centrum Handlowym "Blue City" w Warszawie, wzbudzają liczne kontrowersje, prowokują do dyskusji na tematy moralne, religijne i filozoficzne.

Legenda o Golemie

 Profesora Emeta prowadzi Mamma Met - brawurowo zagrana przez Katarzynę Siergiej. Imiona postaci zaczerpnięte są z legendy o Golemie. Gliniana postać o ludzkim kształcie ożywała, gdy do ust podano jej pergamin z napisem "Emet" (z hebrajskiego - prawda), a zastygała w bezruchu po wymazaniu pierwszej litery. Zostawało "Met" czyli śmierć.

 Mamma Met jako główna postać przedstawienia jest silna i dominująca. To ona prowadzi przez labirynt, narzuca tempo, wyznacza kierunek. Jako cząstka życia jest jedyną drogą ku poznaniu.

 Od Platona do Hitlera

 Spektakl obfituje w odwołania do filozofii, sztuki, nauki, polityki i religii. Platon kłóci się z tezami Engelsa, do umiłowania rozumu przekonuje Kartezjusz. Z dzikim okrzykiem galopuje Czyngis - Chan, "Main Kampf" głosi rozdwojony Adolf. Hitler.Opętany czystą formą Witkacy, ucieka od Salvatora Dalego w stanie permanentnej erekcji intelektualnej, św. Gertruda przeżywa religijne uniesienie, nagrody za naukowe odkrycia przyznaje Nobel. Po plejadzie wielkich osobowości sam profesor wydaje się być znudzony nadmiarem słów, koncepcji i idei. Nie tego szuka.

 Wnikliwe studium ludzkości

 Spektakl skrojony i zagrany z precyzją chirurgicznego skalpela. Scenografię spektaklu tworzą monumentalne ściany labiryntu i chłodne światło. Plastynaci: Ewa Gajewska, Paulina Karczewska, Dariusz Matys, Karol Smaczny, Dariusz Zakrzewski cały czas ożywiają spreparowane ciała inną myślą filozoficzną, koncepcją artystyczną, religijnym widzeniem, opóźniając nadejście grobowej ciszy...

 "Plastynaci" Rafała Gąsowskiego są jak statek w butelce. Autor, reżyser i twórca postaci Doktora Emeta w jednej osobie, z wielką dbałością o szczegóły, zamknął spójną całość w małej formie.

 Warto osobiście pojechać do Supraśla, by bliżej przyjrzeć się dziełu Gąsowskiego, a także zastanowić się nad jednością ciała i ducha, spróbować dotrzeć do własnej, ludzkiej natury...za życia.

Natalia Grzeszczyk
Co spisał Gutenberg?

Wspaniale obserwuje się wszystkie etapy tego teatru. Wierszalin jest niesamowitą inwestycją. Spektakl prezentowany w przedostatnim dniu festiwalu sugeruje, że ma być on mocnym akcentem kończącym zmagania teatralne, zachowując przy tym wysoki poziom. Kiedy siedzę na widowni, w pełni świadoma odpowiedzialności, jaką nakłada na mnie rola recenzenta, nie jestem w stanie myśleć jedynie o wydarzeniach na scenie. Bardzo ciekawi mnie, jaki będzie odbiór spektaklu, jakie komentarze, jaka atmosfera przy odbieraniu numerków z szatni. Przed wejściem będzie się prawdopodobnie mówiło, ile Tomaszuka jest w Tomaszuku, a po wyjściu, ile było Tomaszuka w Gąsowskim?

Już na samym początku Profesor stwierdza, że wszystko czym się zajmuje nie jest ani prawdą, ani fałszem. Mówi o sobie, jako o „niepraktykującym katoliku”. Ale jeżeli nie praktykujesz, to podobno nie jesteś katolikiem. Wszystkie cechy określające człowieka da się w bardzo podobny sposób ośmieszyć. Aż wreszcie dojdziemy do smutnej rzeczywistości, w której bycie człowiekiem nie oznacza człowieczeństwa, co więcej – nawet nie potrafi go uzasadnić. W życiu profesora nic nie jest prawdą. Działa zatem roztropnie, jak naukowiec. Zadaje sobie ciągle jedno pytanie i szuka, szuka uparcie. Szuka życia w ludzkim ciele, które jak na złość okazuje się wyłącznie ciałem, pięknym ciałem, owszem, obdarzonym zdolnością myślenia, ale nadal ciałem. Gdzie zatem szukać życia? Gdzie odnaleźć człowieka? Filozofia powinna z przydziału miłować prawdę, więc na pewno potrafi ją wszędzie odnaleźć. Niestety, filozofia zawodzi. Wszystko zawodzi.
Nie jesteśmy w stanie szanować się za to, że jesteśmy tylko ludźmi. Nie potrafimy szanować się za to, że jedyne, co możemy, to zadawać pytania na zawsze pozostawione bez odpowiedzi. Ani religia, ani tradycja, ani dążenie do prawdy nie może zagwarantować nam spokoju. Zapędzimy się w labirynt bez wyjścia, bez odpowiedzi. Wypadałoby się zastanowić dlaczego nie potrafimy okiełznać prawdy rozumem. Dlaczego słowa nie dadzą myślom spokoju?
Nad tą odpowiedzią zastanawiałam się najintensywniej. Pomógł mi w tym przypadku, o dziwo!, fragment filmu włączony w spektakl. Omówmy pierwszy odruch myślowy, ten przyporządkowany głośniejszemu w nas zmysłowi analitycznemu. Po śmierci nic nas boleć nie będzie i tak naprawdę niewiele by nas obchodziło obdzieranie ze skóry, czy ustawianie w gablocie. Nasz stosunek do własnego ciała może być, po rozsądnym przemyśleniu, jedynie sentymentalnym przywiązaniem. Szukamy zatem swojego prawdziwego jestestwa w metafizyce, chętnie nadajemy naszemu istnieniu wyższy sens. Działanie to jest konieczne w ramach uspokajania samego siebie. Zgadzam się z takim myśleniem. Jest oznaką słabości człowieka, ale zgadzam się. Zatem, dlaczego przeszkadza nam widok rozkładania zwłok na części pierwsze? Może to przebłysk panicznej myśli – a gdybyśmy patrzyli nie na obcy kadłub, nie myśleli o nim, jako o własnym, ale o tym, który utożsamiamy z miłością? Jeżeli to byłby ten najważniejszy On, ta najważniejsza Ona? Wtedy nie patrzylibyśmy bez emocji. Budzi się w nas realny strach. Tłumiony, ale istniejący symultanicznie z potrzebą szukania prawdy umysłem. Jeżeli nie znajdujemy jej myśląc, to może znajdziemy ją czując? Może miłość jest na tyle abstrakcyjna, że w perspektywie wieczności jest jedyną prawdą? Ona motywuje, ona pobudza, ona potrafi wytłumaczyć wszystko? Umysł, nie. Uczucie, tak?   

Życie profesora to życie każdego myślącego człowieka. Każdego, kto boi się, że poza skórą, tłuszczem, jakimś tam mięsem, nie ma w jego postaci nic, co zasłużyłoby na szacunek dla człowieczeństwa, dla samego siebie.

Rafał Gąsowski udowodnił, że jako młody reżyser potrafi stawiać milowe kroki w swojej pracy. „Życie snem” (jego pierwszy spektakl w roli reżysera) było próbą podjęcia nowych wyzwań i uporządkowania ich przyzwoicie na scenie. Przedstawienie nie powaliło, było zgrabne technicznie, głębokie tematycznie i niesamowicie w stylu twórczej pracy Piotra Tomaszuka. „Plastynaci” udowodnili, że reżyser zdaje sobie doskonale sprawę z głównego zarzutu dla własnej pracy. Szukałam przeniesionych do nowego spektaklu zabiegów tak znanych i wykorzystywanych przez Wierszalin, chwytów typowych dla dyrektora teatru. Było ich mało. Dodatkowo, moim zdaniem na szczęście, odgrywały marginalną rolę przy próbach przemycenia nowej osobowości reżyserskiej na scenę. Zaskoczyło mnie specyficzne poczucie humoru. Na tym spektaklu naprawdę można się śmiać! Nie rechotać, ale autentycznie śmiać. Jeżeli przełamiesz szybko niepewność, czy aby można tak się zachowywać oglądając Wierszalin, to masz szansę cieszyć się dowcipnymi zagraniami cały czas. Jest jeszcze to specyficzne podejście do muzyki. Piotr Nazaruk nie stworzył teraz mrocznej, laboratoryjnej i wbijającej w fotel wizji. Pozwolono muzyce przyjąć rolę ironiczną, podpowiadającą rozrywkowy i groteskowy charakter scen tworzonych wyłącznie dla kaprysu profesora przez wodzireja sceny – Katarzynę Siergiej.

Tutaj nasuwa się kolejna refleksja. „Plastynaci” udowadniają, że zespół aktorski teatru osiągnął swoje szczyty. Zauważyć trzeba, że nie tak dawno najważniejszy w Wierszalinie był Tomaszuk, teraz jego największym skarbem są aktorzy. Nie wątpię, że właśnie tak miało się to wszystko potoczyć. Wypracował z zespołem wykorzystanie na scenie ich optymalnych możliwości. Nie są bezwolnym narzędziem w ręku twórcy, ale pomocną siłą twórczej ekspresji. Zespół jest na tyle dojrzały, że może kreować nowe charyzmatyczne osobowości sceniczne. „Plastynaci” dają Katarzynie Siergiej niesamowite możliwości. Jest to rola, na którą aktor czeka z niecierpliwością. Jeden będzie mógł grywać je często, inny nie doczeka się nigdy. Potencjał tej postaci jest chyba niewyczerpany. Aktorka zrobiła dużo. Bardzo dużo. Były momenty, w których mnie zaczarowała, były też takie, w których wypuszczała mnie nieświadomie z rąk. Można jednak spokojnie powiedzieć, że ilość markowych nazwisk w Wierszalinie będzie systematycznie wzrastać. Już nie tylko Tomaszuk, nie tylko Gąsowski.

Muszę kończyć, bo Kurier nie pomieści mojej wypowiedzi. Skrótowo: świetne sceny z malarzami i filozofami. Wszędzie widać pieczołowitość w ustawianiu szczegółów. Akcja do dwóch trzecich systematycznie zwalnia, co trochę denerwuje, ale zapewne tak ciężkiej scenografii nie da się samemu szybciej przesuwać. Nie wzbogaca to spektaklu. Mniej więcej w środku można się przestraszyć, że wszystko skończy się tym samym schematem, którym trwa przez większość czasu. Na szczęście finał jest wystarczająco plastyczny i atrakcyjny treściowo, wizualnie, że ta zauważalna etapowość przestaje razić. Reżyser sumiennie i umiejętnie nakłada tempa poszczególnych wejść i zejść w obrębie pojedynczych scen, co uważam za swego rodzaju potwierdzenie umiejętności technicznych. A szczegółowość ustawiania niektórych obrazów jest zwyczajnie urzekająca. To miłe, kiedy widzisz, że reżyserowi zależy, abyś mógł dostrzegać drobne szczegóły, które zadziwiają cię swoją plastycznością i urokiem. Do tego ożywił w multimediach laboratoryjną lupę! 
Gąsowski stworzył własny spektakl. Widziałam to doskonale. Może nie ma jeszcze takiej charyzmy, jak Tomaszuk. Ale nie jest powiedziane, że jej nie zdobędzie. Zadawanie mądrych pytań, prowokowanie uśmiechu i wiara w dobre chęci widza, tak samo mogą pogrążyć, jak zachwycić. Loteria.

Ciekawe, ile osób jest w stanie określić swoje zdanie na temat „Plastynatów”?

Ciekawe, dlaczego tak trudno nam to przychodzi…? 

Już, już. Koniec. Siedzę na krześle, nakładam okolicznościową czapeczkę i rzucam konfetti. 

Monika Kosz-Koszewska
Czego szukasz? Człowieka ostatecznego. GAZETA WYBORCZA

Tytułowi plastynaci, czyli spreparowane ciała z autorskiego spektaklu Rafała Gąsowskiego w Wierszalinie, są jak mauzoleum ludzkości. Złożono w nim wszelkie dzieła człowiecze: filozofię, sztukę, religię, naukę, a profesor Emet przemierza ten labirynt, by znaleźć odpowiedź na pytanie: czy flaki to jeszcze człowiek?
Zwłoki poddane plastynacji - metodzie preparowania opracowanej przez niemieckiego anatoma Gunthera von Hagensa - tworzą obiekt na pograniczu nauki i sztuki. Po usunięciu wody i tłuszczów, nasyceniu odpowiednimi polimerami, martwe ciało można uformować niczym rzeźbę, tak by pokazać mięśnie i układ kostny w dowolnym ruchu. Jego objazdowe pokazy budziły kontrowersje - czy nie dochodzi aby do zbezczeszczenia ludzkiego ciała, czy pod przykrywką nauki preparaty nie powstają tylko po to, by dać upust najniższym instynktom gawiedzi, ciekawej tego, co człowiek ma w środku. W tym roku dyskusja na ten temat przeszła także przez Polskę za sprawą wystawy preparatów Roya Glovera w warszawskim centrum handlowym Blue City. "To nie jest wystawa o śmierci, tylko o życiu" - komentował anatom. Podobnie jest ze sztuką Gąsowskiego.

Od Platona do Witkacego
W Wierszalinie zamiast profesora von Hagensa mamy Emeta (w tej roli sam Rafał Gąsowski), który dzięki swoim plastynatom pragnie zgłębić sedno człowieczeństwa. Sądzi, że "30 członków przewodzących duszę" da mu odpowiedź na pytanie: "Czy to jest człowiek, czy tylko flaki?". Profesor stwórca niczym Frankenstein stawia pytania dotyczące jego istoty i granic eksperymentów naukowych, z pracowni wyrusza w symboliczną podróż, w której przewodniczką jest tajemnicza Mamma Met (Katarzyna Siergiej). Imiona tych bohaterów to nawiązanie do kolejnego mitu o postaci ożywionej ręką człowieka - tym razem z tradycji żydowskiej. W legendzie o Golemie, glinianej figurze o ludzkim kształcie czytamy bowiem, że posąg ożywał, gdy do ust włożono mu pergamin z napisem "emet" (z hebr. - prawda), a zamierał po wymazaniu pierwszej litery, kiedy pozostawało słowo "met", oznaczające śmierć. To właśnie owa Mamma Śmierć jest główną postacią spektaklu - prowadzi zagubionego naukowca przez kolejne sześciany ludzkiej tajemnicy, na zmianę szydzi sobie z niego i kokietuje.
W tej faustowskiej podróży w czasie i przestrzeni pojawia się groza, ale przede wszystkim groteska i humor. Mamma w piątkę plastynatów: Ewę Gajewską, Paulinę Karczewską, Dariusza Matysa, Karola Smacznego i Dariusza Zakrzewskiego - jak w puste naczynia wlewa kolejne postaci i role, przywołując dzieła człowieka od starożytności po współczesność.
Najpierw niemal nagie postaci w charakteryzacji naśladującej pośmiertne plamy perorują jako filozofowie: Marks i Engels, tłumacząc wyższość swojej koncepcji państwa Platonowi, przekrzykują się Monteskiusz i Konfucjusz. Potem niczym zombie na scenę wkraczają władcy i dyktatorzy słynni z podbojów i chorobliwych ambicji: Czyngis-Chan, Cezar, Hitler, Stalin i Napoleon, którzy po swoich wyczerpujących wywodach usuwani są z desek jak pionki z szachownicy. Profesor, wciąż żądny wiedzy o człowieku, nieco znudzony tym, co podsuwa mu Mamma, przechodzi przez kolejne sześciany - niespełnionej ekstazy i rytuału. W jednym, niczym więźniowie religii, spętani sznurkami plastynaci snują się, odmawiając litanię do wolności. W kolejnym spotykamy Salvadora Dali, Picassa, van Gogha i Witkacego, który tajemnicę istnienia widzi jako jedność w wielości i szuka czystej formy. Mamma twierdzi, że piękna sztuka nie przeminie, ale profesor Emet zdaje się być bardziej zainteresowany inną formą rytuału - uwielbieniem czcicieli dla św.
Gertrudy. W sześciu ścianach akademii Nobel przyznaje nagrody za odkrycia i pojawia się cała plejada, która składa swoje dzieła do mauzoleum ludzkości: od Einsteina, poprzez Skłodowską-Curie, Kopernika po Leonarda da Vinci, na którego powoływał się prawdziwy profesor von Hagens. W sześcianie herezji plastynaci jako Nietzsche, Pascal i św. Augustyn wypowiadają twierdzenia o Bogu.
Profesor ma już dość tego kalejdoskopu ludzkich idei, mówi Śmierci, że chce wyjść z tego labiryntu, bo nie znajduje odpowiedzi. Ta pyta go więc, co dla niego oznacza poznanie człowieka, kiedy profesor uzna, że mu już wystarczy. Gdy w końcu sprowadza go na ostatni poziom - pogrobowców, plastynaci są już tylko martwymi, słabymi ciałami. I właśnie on, Emet, potrafi stworzyć z nich coś nowego, dzieło człowieka, ku ogólnej oświacie, a to co robi, nie wydaje się wcale odrażające. Za to trafia jednak przed sąd. Zarzut - zbezczeszczenie ciała, świątyni Boga.

Człowiek przed formą
Kiedy profesor zostaje na scenie sam, tuż przed śmiercią, na metalowych sześcianach (to główny element ruchomej scenografii) pojawia się animacja z odwiecznym pytaniem-refrenem "Czego szukasz?". Ożywione lupy oglądają jakieś tkanki - jak w animacjach Jana Svankmajera. O nawiązaniu do twórczości czeskiego mistrza animacji świadczyć może zresztą tytuł filmiku "Pożegnanie mięsa". Na deskach Wierszalina nie mogło zabraknąć artystycznej prowokacji - ostatnie życzenie Emeta to kolejny projekt naukowy - trzeba sklonować Chrystusa z DNA płaczących wizerunków Matki Bożej. W ostatniej scenie cała piątka plastynatów wykrzywia się w koronach cierniowych do patetycznej muzyki.
Po "Życiu snem" wg Calderona, "Plastynaci" są drugim spektaklem reżyserowanym przez Gąsowskiego. Tym razem aktor Wierszalina zadebiutował także jako scenarzysta i scenograf. Stalowe monumentalne konstrukcje ciągle przesuwane podczas spektaklu tworzą właśnie atmosferę klaustrofobicznego labiryntu i prosektorium. Na scenie jednak najważniejszy pozostaje aktor i jego ciało poddawane ciągłym wyzwaniom. Co ważne, choć na scenie toczy się z gruntu poważny dyskurs na temat granic człowieka, w spektaklu wciąż pojawiają się humorystyczne sytuacje, np. gdy Mamma upuszcza urnę z sercem Chopina albo van Gogh popada w histerię i rozkleja się nad sobą jak pięciolatek.

 

 Strona główna |  Zobacz pozostałe strony: Aktualności · O Teatrze · Zespół · Spektakle · Warsztaty · Bilety  · Archiwum zdjęć · Filmy · English version

Śledź nasze profile w mediach społecznościowych: Facebook · Instagram · Twitter · Vimeo


BIP