Wszyscy Święci.Zabłudowski cud.

Premiera - Supraśl, 2012

Obsada

Inscenizacja i reżyseria - Piotr Tomaszuk
Współpraca reżyserska - Rafał Gąsowski
Muzyka - Piotr Nazaruk

Obsada:

Katarzyna Grajlich - Jadziunia
Paula Czarnecka - Matka Jadziuni-Jakubowska
Rafał Gąsowski - Biuskup Archidiecezji w B.,Celnik;
Dariusz Matys - Ojciec Jadziuni-Jakubowski;Sekretarz KW PZPR w B.
Jan Tuźnik - Proboszcz parafii w Z.
Katarzyna Siergiej - Marianna od cudu
Miłosz Pietruski - Prokurator rejonowy w B. 

 

„DLACZEGO? NA CO? I PO CO?...“ [Osiołek Kłapouchy, Kubuś Puchatek, A.A.Milne]

  Zdarzenia nazywane „zabłudowskim cudem“ otacza dziwna aura. Propagandyści PRL-u w 1965 roku z bohaterami wydarzeń zabłudowskich rozprawili się bezpardonowo. Uczestnikom zgromadzeń oczekujących nadejścia Matki Boskiej  zarzucono ciemniactwo i  uleganie zbiorowej sugestii. Najbardziej nieustępliwym przypisano choroby psychiczne, kościół obwiniono o brak stanowczości w potępieniu wiernych.Taki wizerunek wydarzeń zabłudowskich uznany został za oficjalny a cenzura stała na jego straży do 1989 roku.
Nie dziwi bynajmniej ilośc kłamstw wygłoszonych przy tej okazji przez propagandowe służby PRL-u. Dziwi to, że po 89 roku na temat tego co na prawdę wydarzylo sie w Zabludowie w 1965 nie powiedziano prawie nic, a to co powiedziano , w istocie powtarzało kłamstwa i zafałszowania partyjnego propandzisty , zawarte w specjalnie wydanej na tę okoliczność książce poświęconej „analizie“ zabłudowskich objawień.  Zachowały się szczątki dokumentacji i te zebrał i zarchiwizował IPN. W tej dokumentacji nie ma ani jednej relacji bezpośrednich uczestników tych wydarzeń , ani jednego nagrania lub  zdjęcia, którego nie zrobiłby SB-ek służowym aparatem! Pokrzywdzeni i bezpośredni uczestniczy dramatu milczą, chociaż w swoim czasie przeszli niemało. Nękani mandatami, przymusowymi kwarantannami w szpitalach- również psychiatrycznych!- wyśmiewani, wyszydzani, nazywani „cudakami“ –milczą do dziś. Milczą uczestnicy manifestacji pałowanej przez ZOMO 30 maja 1965.

W tym okresie SB przeprowadziła 105 rozmów ostrzegawczych z osobami rozpowszechniającymi wersję o objawieniu oraz usiłującymi nawoływać do zbiorowych wyjazdów. Prewencyjnie zatrzymano cztery osoby „szczególnie podatne na prowadzenie wrogiej działalności”. Wobec organizatorów zbioro- wych wyjazdów do Zabłudowa skierowano do właściwych kolegiów karno-administracyj- nych osiem wniosków o ukaranie. Wszczęto siedem postępowań karnych wobec ośmiu osób: dwa przeciwko autorom i kolporterom ulotki na temat cudu, dwa dochodzenia prze- ciwko dwóm osobom podejrzanym o udział w starciach z funkcjonariuszami MO 30 maja, jedno dochodzenie wobec sprawców postawienia krzyży, jedno dochodzenie w sprawie kolportażu fotografii miejsca wydarzenia bez debitu. W sporządzonej informacji zalecano m.in. dalsze kompromitowanie rodziny Jakubowskich z wykorzystaniem do tego środków polityczno-operacyjnych i skierowania na badania psychiatryczne.
[cyt. za “Biuletyn  Instytytu Pamięci Narodowej nr 10/2004 ]

Naszym przedstawieniem chcemy przywołać przeszłość po to, aby terażniejszość – to morze ludzkiej pamięci - zaczęła wyrzucać na swój brzeg to, co jeszcze ukrywa. Dlatego „Wszyscy święci “ są projektem otwartym. Chodzi o to, ze w naszym przedstawieniu gotowi jesteśmy zmienić wszystko, o ile odnajdą się nowe relacje i fakty. „Zabłudowski cud“  obrazuje stan naszej wiedzy obecnej, ale zdajemy sobie sprawę jak bardzo ta wiedza jest niepełna i „dziurawa“ . Chcemy to zmienić poprzez uczestwo widzów – ich pamięć jest tym, na co czekamy i tym co będziemy „wklejać“ w nasze widowisko przez ... No właśnie- miesiące, pół roku, rok? Nie wiemy. Wiemy, że tym razem premierą nie możemy nazwać piewszych przedstawień z widzami. W tym przypadku PREMIERĘ DAMY NA KOŃCU.

 

 

                                                                        PIOTR TOMASZUK


 

 

Praca nad projektem WSZYSCY ŚWIĘCI odbywa się w formule „work in progress”, często wykorzystywanej przez współczesnych twórców teatralnych takich jak, Jerzy Grotowski i później Thomas Richards, bliski współpracownik oraz kontynuator jego poszukiwań, Eugenio Barba – założyciel Odin Teatret, czy Krystian Lupa. 

"Staje się ono ponowionym poszukiwaniem, a nie powtórzoną grą, nie będąc jednocześnie «teatralnym rytuałem». Most budowany jest w samym sercu teatru – pomiędzy. Dariusz Kosiński, Po premierze, „Didaskalia” 2005 nr 67/68,"

Spektakl bierze udział w 19. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej

Warsztaty Teatru Wierszalin

P W Ś C P S N
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30

Zarezerwuj bilet on-line - kliknij

Andrzej Horubała
"Bliskie spotkania trzeciego stopnia" Uważam Rze

Coś się pokazało. Na niebie, w powietrzu, w tobie. Coś się pokazało i zmieniło ciebie. Tomaszuk: ze skrawków informacji, wzajemnie sprzecznych danych buduje pełną luk opowieść o tym, jak to 13 maja 1965 r. na zabłudowskich łąkach kilkunastoletniej dziewczynie, Jadwidze Jakubowskiej, ukazała się rzekomo Matka Boska, wzywając do pokuty. Widzenie, dziwnie zbieżne z fatimskim, nigdy nieuznane przez Kościół, stało się przyczyną wielkiego społecznego poruszenia i ostrych starć z ZOMO, gdy ludzie ściągający na błotniste pole dali odpór milicji, atakującej ich gazem i pałami.

Piotr Tomaszuk przedstawia swój spektakl jako "work in progress" i w tym przypadku nie jest to alibi dla rozgrzebanego dzieła, ale świadomy zamysł, by utwór teatralny stal się pretekstem do spotkania społeczności lokalnej, pobudzenia pamięci świadków, konfrontacji z pamięcią rodzinną.

Ramy opowieści o cudzie to odprawa celno-paszportowa prokuratora prowadzącego sprawę zabłudowską, a opuszczającego na zawsze Polskę w roku 1968. Cel - Izrael.

Katalizator zbiorowej pamięci

To jedna z nici, którą proponuje autor dla interpretacji "cudu". Cudu, który mógł być przecież policyjną prowokacją, manewrami przed rokiem milenijnym, mógł być dziwnym rozgrywaniem sprawy żydowskiej. Rozgrywaniem w płaszczyźnie laickiej, a może i wydarzeniem w sferze duchowej: Tomaszuk przypomina, że w Zabłudowie w czasie wojny zniszczono słynną na całą Europę "synagogę bez gwoździa", sam cud rozgrywał się zaś na łące, gdzie ongiś był kirkut.

Oglądamy więc w pierwszej scenie eksprokuratora o żydowskich korzeniach, poddawanego poniżającej procedurze na warszawskim Okęciu. Słyszymy ludzi z białostockim zaśpiewem, jak przechadzając się po lotniskowej hali, wyrzucają z siebie skrawki komentarzy na temat widzenia dziewczyny. Dzielą się swoimi podejrzeniami, że to wszystko dla pieniędzy, albo przeciwnie: poświadczają wieść o wirujących słońcach, jakie pokazały się tłumowi zgromadzonemu na zabłudowskich łąkach.

Powstaje obraz pełen dziur i wzajemnie sprzecznych tropów. Cud, otorbiony PRL-owską biedą i nędzą, raz jawi się jako wynik opętania: widzimy scenę egzorcyzmów dziewczyny, z której wnętrza odezwie się szatan... raz jako zdarzenie, które na nowo rozbudza wiarę w udręczonych codziennością kapłanach, którzy skrzętnie notują słowa spontanicznie napisanych pieśni o cudzie.

Szczątki relacji, wyraziste sceny: poniżająca bieda, jakieś echo konfliktów etnicznych, partyjniak wydzierający się do ebonitowej słuchawki telefonicznej, by dać wódki, dużo wódki zomowcom, by pomścili rozpiżdżenie batalionu milicji przez wzburzony tłum. Żmudne przesłuchania, somnambuliczne zachowania Jadwigi, buńczuczne samorodnej poetki kolportującej pieśń o cudzie.

I coś, co najbardziej poraża - wideoprojekcja: esbeckie filmy ze stemplem IPN pokazujące nadciągający na zabłudowską łąkę tłum. Twarze sprzed 50 prawie lat, nasi rodacy, bracia, ciekawscy, niepewni. I niesiona na rękach "widząca". Nerwowa praca kamery, nerwowe ruchy spragnionych cudu rodaków.

Muzyka - obsesyjna, przepowiadająca katastrofę, gdzieś z elementami żydowskimi w tle. Ciemne sceny, niejasne sprawy. TW "Szczery" donoszący o parafialnych sprawach, niewyjaśnione sprawy pieniędzy...

Prokurator odlatuje do Izraela, pozostawiając w rękach chciwego celnika przedwojenną fotografię zabłudowskiej synagogi. Opuszcza Polskę żegnany pogardliwym śmiechem i raczony anegdotą o tym, co też ludzie próbują przemycić w odbycie. Egzorcyzmowane dziewczę odzywa się nie swoim głosem. I cisza.

Ciemność. Ale nie ta nabrzmiała emocjami, przejęciem, raczej zdziwieniem, że tak kończy się widowisko. Już koniec? Przecież to niespełna godzina i gdzie tu puenta, gdzie wyjaśnienie, gdzie informacja, jak było naprawdę?

Wreszcie rozbrzmiewają prowokowane przez obsługę oklaski, zapala się światło i oto zaczyna się druga część spektaklu. Tego "work in progress".

Tomaszuk zapowiada rozmowę ze świadkami. I rzeczywiście, z pierwszego rzędu do naprędce zaaranżowanej przestrzeni - stolik z metalowej beczki, szybko wniesione krzesła -podchodzą dziewczyna i mężczyzna. Opowieść wnuczki o babci, która na zabłudowskich polach patrząc w słońce, ujrzała oko opatrzności, zostaje szybko przykryta sensacjami drugiego z gości: sześćdziesięcioparolatka, Bogdana Radwanowicza, twierdzącego, iż sprawuje opiekę prawną nad Jadwigą i jej córką. Jowialnie uśmiechając się, czasem aluzjami, czasem otwartym tekstem nie pozostawia widzom jakichkolwiek nadziei: żaden to cud, ot, sprawa od początku do końca zaplanowana przez rodzinę, tak, ma relacje, dziewczyna skryta w klasztorze, opuściła go w ciąży, przeżyła załamanie, wszystkiego się wyparła, do wszystkiego przyznała. Tomaszuk oponuje, stara się wywalczyć jakiś margines niedopowiedzeń, wynegocjować szansę na cud, ale mężczyzna świetnie sobie radzi, wciąga do rozmowy aktorów. Publiczność? Trzyma stronę reżysera, bo przecież miło byłoby mieć tutaj lokalny cud, no ale gość wygląda wiarygodnie. A może nie? Może jest reprezentantem dawnej władzy? Skąd u niego ta wiedza i skąd łamiąca zasady etyki zawodowej wylewność? Wątpliwości się mnożą, rzeczywiście ludzie zgromadzeni na widowni to lokalsi, czuć zaangażowanie, czuć, że teatr przywołał sprawę do dziś gorącą, przedmiot domowych rozmów przy świątecznym stole, rodzinnych podań, sprzecznych interpretacji, sprawę, która na chwilę uczyniła Zabłudów duchowym centrum Polski. I kim jest ten mężczyzna, który burzy nadzieję na cud? Potem w drodze do szatni dyskusje. O podobieństwie cudu zabłudowskiego do tego z Sokółki, o naiwności ludu, o manipulacjach. Nagle w rozmowach toczonych w grupkach pojawia się sprawa krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, jest mędrkowanie na temat charakteru narodowego Polaków... Rzeczywiście, "work in progress" zapowiadane przez Tomaszuka spełnia się, ułożona przez niego osnowa okazuje się świetnym katalizatorem zbiorowej pamięci.

Zaraz, zaraz. Ale przecież opowieść przybysza ma swoje luki i niekonsekwencje... A wzmianka, że Jadwiga teraz, na starość, powróciła do wiary w Boga i wiary w cud? Że znów twierdzi, że widziała... Mężczyzna tłumaczy to podeszłym wiekiem. Ale przecież ten wiek nie taki znów podeszły...

Wychodzimy. Spragnieni cudu, spragnieni rozmowy, spragnieni zrozumienia naszej historii, nas samych. 

Urszula Krutul
O cudzie na deskach teatru. Gazeta Współczesna

Teatr Wierszalin już kiedyś podejmował tematykę tzw. "zabłudowskiego cudu". Teraz robi to ponownie, w nowatorski sposób.

Jadwiga Jakubowska to dziewczynka, która w 1965 roku miała widzenie Matki Boskiej. Zapowiedziane zostało też kolejne objawienie na 30 maja 1965 roku. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego nieskutecznie próbowało zapobiec zgromadzeniu się w mieście w tym dniu wiernych. Doszło do starć między milicją a ludźmi, a cud nigdy nie został uznany przez Kościół.

Spektakl Wierszalina zaczyna się na lotnisku. To z niego główny bohater przeniesie się myślami w przeszłość. Do Zabłudowa. Będzie wspominał wydarzenia, które miały tam miejsce. I o których nie można było pamiętać. Aktorzy Wierszalina serwują nam artystyczną wizję opartą o te wydarzenia. Świetnie wykorzystują przestrzeń, grają mimiką, stawiają na ruch i synchronizację.
Zdarzenia nazywane "zabłudowskim cudem" otacza dziwna aura. Propagandyści PRL-u w 1965 roku z bohaterami wydarzeń zabłudowskich rozprawili się bezpardonowo. Uczestnikom zgromadzeń oczekujących nadejścia Matki Boskiej zarzucono ciemniactwo i uleganie zbiorowej sugestii.
Bardzo dobra jest scena przesłuchania, w której gra Katarzyna Siergiej. Zapada w pamięć i na długo pozostaje w głowie widza, jeszcze po wyjściu z teatru. W spektaklu nie ma dłużyzn, akcja toczy się wartko. We wszystkim widać dobrą i mocną rękę reżysera. Ciekawe jest też to, że spektakl z wystawienia na wystawienie może się zmieniać. Jest tworzony metodą "work in progress". Twórcy są otwarci na sugestie widzów, którzy być może uczestniczyli w wydarzeniach w Zabłudowie lub coś więcej o nich wiedzą.
W spektaklu dużą rolę odgrywa scenografia. Jak zwykle w Wierszalinie jest bardzo prosta, wręcz ascetyczna i zaskakujące jest to, jak bardzo dużo funkcji może spełnić. I jak bardzo potrafi się zmienić przy użyciu choć odrobiny wyobraźni. Pojawiają się też wizualizacje, które są swoistym wprowadzeniem do akcji i spełniają rolę poniekąd narracyjną.
Za sprawą tych wszystkich czynników, udaje się artystom z Wierszalina stworzyć na scenie atmosferę magii, ale też aurę tajemniczości. Opowiadają o rzeczach trudnych w sposób lekki i łatwo przyswajalny. Nie ma tu szokowania na siłę, nie ma niczego nie na miejscu. Spektakl ogląda się dobrze. Pozostawia też w widzach miejsce na głębsze przemyślenia. 

Naprawdę warto wysłuchać tej historii.

 Strona główna |  Zobacz pozostałe strony: Aktualności · O Teatrze · Zespół · Spektakle · Warsztaty · Bilety  · Archiwum zdjęć · Filmy · English version

Śledź nasze profile w mediach społecznościowych: Facebook · Instagram · Twitter · Vimeo


BIP